Darmowa dostawa

Idzie Człowiek Zapiski pod wspólnym niebem. Roman Zięba
Cena regularna:
59,00 zł
Promocja trwa do 2 maja 2026
towar niedostępny
dodaj do przechowalni
5
Opis
Czytelniku, poniżej znajdziesz wstęp do książki i kilka słów wprowadzenia od o. Krzysztofa Pałysa OP:
Wyjdź z twojej ziemi, z domu twego ojca, do kraju, który ci ukażę.
(Rdz. 12,1)
Te zapiski są owocem długiej drogi — drogi, która nadal trwa. Przez dwadzieścia lat pieszych wędrówek przez kolejne kraje uczyłem się, że katolicki pielgrzym może pozostać wierny swojemu chrześcijańskiemu dziedzictwu, a jednocześnie pozostać otwarty na doświadczenia i wiedzę ludzi spotykanych po drodze — często niechrześcijan — we wspólnym poszukiwaniu sensu istnienia i odpowiedzi na najważniejsze pytania.
W głębokim doświadczeniu wędrowca, który przekracza granice państw, języków i religii, takie spotkania nie muszą prowadzi do konfliktu ani do taniego kompromisu. Przeciwnie — otwartość wobec Innego i wierność apostolskiemu kerygmatowi wyrastają z tego samego źródła: z uczciwej wierności samemu sobie w odkrywaniu Prawdy.
Daleka droga w zdaniu się na Opatrzność, uczy, że prosty podział na „wierzących” i „niewierzących” jest mało użyteczny, a deklaracje i poglądy — zaskakująco kruche. W drodze szybko okazuje się, że ważniejsze od słów i doktryn są konkretne gesty. Żywy Bóg pozostaje blisko tych, którzy potrafią zaufać — zrobić krok w niepewność i „pójść za Nim”.
Otwartość i wierność nie muszą stać daleko siebie jak dwa przeciwne bieguny. Po dwudziestu latach pieszych wędrówek przez kraje na czterech kontynentach coraz wyraźniej widzę, że mogą tworzyć twórcze napięcie — podobne do tego między ziemią a niebem, albo między śladem stopy odciśniętym w pyle drogi a dalekim horyzontem.
W swoją drogę wyruszyłem po życiowej katastrofie, która w jednej chwili zniszczyła fundamenty mojego świata. Ja, do niedawna ekspert od ryzyk i specjalista od sukcesu, straciłem nagle rodzinę, dom, firmę, a wraz z nimi — kierunek i sens. Pogrążony w depresji, nie mając pojęcia, co mnie czeka, poczułem, że fizyczne wejście w niepewność jest jedyną możliwością, jaka mi pozostała.
Przeczuwałem, że mój upadek był skutkiem kłamstw i manipulacji: tych, którym ulegałem, które nosiłem w sobie i które stosowałem wobec innych. Samotna wędrówka do Rzymu — bez środków i zabezpieczeń — miała stać się drogą ekspiacji i oczyszczenia. Chciałem odrzeć się z iluzji i przyjmując upokorzenie, dotrzeć do własnego, czystego centrum, które kojarzyłem z prawdziwą wolnością i w którego istnienie szczerze wierzyłem.
Pierwszą lekcję pielgrzymowania dał mi plecak. Przeładowany, wypchany zabezpieczeniami, ledwo pozwalał iść. Żeby ruszyć dalej, musiałem go odchudzić — ale ceną była niepewność. Co będę jadł? Gdzie będę spał?
Tego samego dnia, gdy pozbyłem się zapasów konserw, dodatkowych butów i zbędnego ekwipunku, spotkało mnie coś, czego się nie spodziewałem. Pierwsza osoba na mojej drodze nie tylko przyjęła mnie na nocleg, ale podała kolację i powierzyła mi swoją intencję modlitewną, którą miałem złożyć w Watykanie na grobie św. Piotra. Zaufanie, że jestem w stanie dotrzeć do Rzymu, przyszło do mnie z zewnątrz.
Tak nauczyłem się zasady ufności — najważniejszej prawdy pielgrzyma. Gdy oddaję nadmiar, robi się miejsce na to, co naprawdę niezbędne. A ciężarów do oddania było znacznie więcej: lęki, uprzedzenia, fałszywe projekcje, na których zbudowany był mój dawny świat.
Słowa Jezusa, by „nie brać ze sobą w drogę płaszcza ani dwóch sukien”, pozwoliły mi zrozumieć, że roztropność to jedno, a zaufanie — coś o wiele głębszego. Na drodze, na którą posyła Bóg, zabezpieczeniem nie jest ludzka zapobiegliwość, lecz On sam. Wierność i ufność okazały się najlepszym kapitałem i jedyną polisą bezpieczeństwa.
Jednocześnie ta wierność nie jest czymś, co można raz zdobyć i zakonserwować. Wymaga ciągłego odnawiania — wystawiania się na próby, kryzysy i pytania, które pojawiają się po drodze. Najważniejsza pozostaje jednak otwartość na drugiego człowieka. Często na takiego, który jest całkowicie inny niż ja. To on, ten „inny”, jest lustrem, którego potrzebuję żeby prawdziwie przejrzeć.
Wierność bez otwartości twardnieje w ideologię. Otwartość bez wierności rozpływa się w bezkształtnej mgle. Pielgrzym idący bez zabezpieczeń, zdany na drogę, ciało i spotkania, musi dbać o swoją tożsamość — inaczej zgubi kierunek. Ale potrzebuje obu tych postaw tak samo, jak każdy oddech potrzebuje dwóch płuc.
Nie chodzi tu o tworzenie nowego systemu ani błyskotliwą syntezę. Nie o jakąś tezę do obrony. Idzie człowiek. Po prostu idzie. Nagi wobec świata. Jak Adam w raju, zanim zaczął nazywać stworzenia. Jak Abraham, który wyruszył, „nie wiedząc, dokąd zmierza”. Droga ma kierunek, choć nie nadaje go sam wędrowiec. Nie jest ucieczką od jednej doktryny ku drugiej, lecz próbą życia Bogiem tu i teraz — w świętym kroczeniu naprzód.
OBRAZ BOGA W DRODZE
Ewangelie od pierwszych kart podważają instynktowny podział na „swoich” i „obcych”. Jezus nie zaczyna od definicji przynależności, lecz od spojrzenia. „Jezus spojrzał na niego z miłością” — to zdanie pojawia się wcześniej niż jakiekolwiek kryterium czy ocena. Miłość wyprzedza normę. Relacja poprzedza prawo.
Pielgrzym, który każdego dnia przyjmuje pomoc od obcych, idzie tą samą ścieżką. Najpierw widzi twarz. Dopiero potem etykiety. Nie dlatego, że są bez znaczenia, ale dlatego, że nie są pierwsze.
Ten, kto otwiera drzwi nieznajomemu i wpuszcza go pod swój dach, wykonuje podobny krok wiary jak pielgrzym wyruszający w drogę. Obaj przekraczają próg niepewności.
Gdy siadamy razem do stołu, odkrywamy, że każdy niesie swoją historię, godność i lęki. Różnice nie znikają — przestają jednak być najważniejsze. Jemy ten sam chleb. Ta wspólnota rodzi się tylko w wolności: od schematów, od uprzedzeń, od lęku przed obcym.
Jesteśmy jak dalecy krewni. Podajemy sobie ręce, patrzymy sobie w oczy. Uśmiech staje się misterium spotkania. Emmanuel Levinas nazwał to „epifanią twarzy Innego”.
Fundamentem jest imago Dei — prawda, że każdy człowiek nosi w sobie obraz Boga. Tego obrazu nie unicestwia ani błąd, ani grzech, ani kulturowa obcość. Wszyscy dzielimy ten sam początek.
Jezus potwierdza to w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Bliźnim okazuje się nie ten „z właściwej tradycji”, lecz ten, kto potrafi się zbliżyć. Pytanie nie brzmi: kim on jest?, lecz: czy potrafię do niego podejść?
KATOLICKOŚĆ JAKO ZDOLNOŚĆ PRZEKRACZANIA
Być katolikiem — kat’holon, „według całości” — nie oznacza zawężać świata do jednej normy, lecz poszerzać serce bez lęku przed zagubieniem siebie. Wierność Kościołowi nie polega na omijaniu miejsc obcych, ale na wchodzeniu w nie z tożsamością, która nie boi się dialogu.
Sobór Watykański II przypomina, że w innych religiach „odbijają się promienie Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi”. Pielgrzym nie relatywizuje Chrystusa. Ufa, że prawda nie boi się spotkania.
Jezus rozmawia z Samarytanką, chwali wiarę rzymskiego setnika, pozwala się dotknąć kobiecie uznanej za nieczystą. Granice nie są dla Niego murami, lecz progami. Przekracza je, nie tracąc siebie — i właśnie wtedy objawia Ojca.
SAMOTRANSCENDENCJA DROGI
Przekraczanie granic staje się drogą wyjścia poza ciasne „ja”, które chce się zabezpieczyć i sprawować kontrolę. Ten świat i jego cywilizacja to odwieczny system redukowania niepewności. A wiara oznacza wkroczenie w niepewność. Dlatego ojczyzną pielgrzyma nie jest ten świat, lecz przestrzeń za horyzontem. Jego jedynym kapitałem pozostaje ufność.
Od 2010 roku, idąc przez świat jako Pielgrzymi Bożego Miłosierdzia, odkrywamy, że pielgrzymowi nic się nie należy. Przyjęcie tego faktu przynosi wolność: wtedy wszystko, co nas spotyka, staje się darem — także odrzucenie, pogarda i wrogość.
„Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”. Piesza droga bez gwarancji wciela tę logikę w ciało. Im mniej kontroli, tym więcej miejsca na dar.
W świecie kruszejących instytucji pielgrzym nie ucieka ani w nostalgię, ani w cynizm. Po prostu idzie. Idzie za Tym, który powiedział o sobie: „Jestem Drogą”. Ciało pielgrzyma wie wcześniej niż intelekt. Sens rodzi się z zaufania - fides jako zawierzenie drodze, prowadzeniu, nie tylko zbiorowi twierdzeń.
WIARA WOBEC WIEDZY
Być może nasze czasy domagają się nowej wrażliwości w czytaniu Ewangelii. Nie nowej Dobrej Nowiny, lecz nowego spojrzenia i nowego wsłuchania się w Słowo. Coraz szybszy postęp nauki i nowych technologii, sztuczna inteligencja z jej zaskakującymi narzędziami i globalna sieć wiedzy, odsłaniają coraz liczniejsze paradoksy świata: relacja wpływa na rzeczywistość, samo spojrzenie i sama obecność zmieniają bieg zdarzeń. Czy to nie echo ewangelicznej prawdy, że relacja poprzedza strukturę?
„Królestwo Boże jest pośród was”. Nie w mechanice kosmosu i nie w świecie kwantów, lecz w przestrzeni między „ja” i „ty”. Nauka nie unieważnia wiary — uczy pokory wobec tajemnicy. Wiara zaś, jeśli ma pozostać żywa, musi objąć całość ludzkiego doświadczenia na przestrzeni dziejów: rozum i ciało, lęk i zachwyt, ból i godność każdego z nas.
POD WSPÓLNYM NIEBEM
Pielgrzym idzie pod niebem wspólnym dla wszystkich. Spotykając innych, odkrywa nowy język, który poprzedza słowa. „Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie”. Jezus nie pyta o przynależność, lecz o gotowość serca.
„Idzie Człowiek — zapiski pod wspólnym niebem” nie są manifestem ani traktatem. To prosty zapis wydarzeń z drogi, która prowadziła przez osiemnaście krajów. Bez gotowych odpowiedzi, za to z obecnością i relacją. Ale czasem już to wystarczy, by — jak kiedyś uczniowie w drodze do Emaus — poczuć, że „serce pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał.”
______________
Tak zwani wielcy ludzie tego świata z reguły wydają się potężni, gdy spoglądamy na nich z daleka, jednak im bardziej się do nich zbliżamy i lepiej ich poznajemy, tym stają się mniejsi.
Z uczniami Jezusa jest wręcz odwrotnie.
Z daleka wydają niepozorni, zwyczajni, czasem wręcz słabi. Dopiero gdy się do nich zbliżymy, odkrywamy jakąś mądrość, której nie da się nauczyć, nadzieję i siłę, która nie pochodzi z tego świata.
Norweski biskup Erik Varden, który wychował się w niekatolickiej i zupełnie niepraktykującej pod względem religijnym rodzinie, pisząc o chrześcijańskiej wolności, przytoczył obraz surferów ślizgających się po grzbietach fali: „Jako chłopiec nie potrafiłem jeszcze opisać tego słowami, ale później zrozumiałem, co zawładnęło moją wyobraźnią. Jak dziwnie było widzieć mężczyzn robiących coś pięknego. Coś bezcelowego i eleganckiego, zupełnie tak, jakby nikt nie zwracał na nich uwagi”.
Robić coś pięknego dla samego piękna, coś dobrego dla samego dobra, wędrować dla samej drogi – bez myślenia o korzyściach. Być gotowym z wdziękiem balansować na każdej wzbierającej fali, jaką ześle Opatrzność, żeby następnie pozwolić, skierować się w stronę brzegu, z powrotem do domu. To właśnie droga pielgrzyma, który niczym biblijny Abraham „wychodzi, nie wiedząc, dokąd idzie” (por. Hbr 11, 8). Być gotowym z wdziękiem balansować na każdej wzbierającej fali, jaką ześle Opatrzność, żeby następnie pozwolić, skierować się w stronę brzegu. Z powrotem do domu.
W moim zakonnym życiu był czas, gdy przez wiele lat – korzystając z wakacyjnych urlopów – sporo podróżowałem autostopem. Przemierzyłem w ten sposób 23 kraje, pokonując ponad 40 tysięcy kilometrów i zawsze bez wcześniejszych zabezpieczeń w postaci noclegów. Na początku był tylko cel – spotkanie z Matką Teresą, św. Dominikiem, św. Piotrem, św. Pawłem albo Maryją w Ostrej Bramie. Cała reszta była wolna od oczekiwań. Za każdym razem były to dla mnie najcenniejsze osobiste rekolekcje. Szkoła dziękowania za butelkę wody, kawałek suchej podłogi, prysznic czy bułkę z podarowanym melonem. A przede wszystkim uzdrawiający ból wyzwalania się z braku wdzięczności, pretensji czy niekończącej się roszczeniowości, tego, że „należy mi się”. Droga uczy, że tylko w ten sposób można pozwolić Opatrzności działać. Za każdym razem było tak samo: otrzymywałem znacznie więcej, niż byłem w stanie przyjąć. A Bóg, poprzez wydarzenia, stawał się bardziej realny niż wszystko inne.
Pielgrzymowi nic się nie należy: dobro przyjmuje z wdzięcznością, jako coś, na co sobie nie zasłużył, a wszelkie trudy i przeciwności w duchu pokuty. Ale za jedno i drugie stara się dziękować.
Kilka lat temu, gdy wraz z zakonnym współbratem Maciejem Chanaką wyruszaliśmy od Matki Bożej w Fatimie, by pieszo dotrzeć do św. Jakuba, od znajomej osoby otrzymaliśmy wiadomość, którą pamiętam do dziś: „Każda pielgrzymka oprócz niesienia modlitwy i intencji to też zawsze wielka przygoda”. To prawda. Z każdym wyruszeniem w drogę związana jest zawsze przygoda.
Romana Ziębę znam od niemal piętnastu lat. Nasze drogi wielokrotnie się przecinały w Łodzi, na warszawskim Służewie, a także we wrocławskim Domu Edyty Stein, gdzie w 2025 roku prowadziliśmy wspólnie rekolekcje. Ja mówiłem o św. Teresie Benedykcie od Krzyża, a Roman o Bożej Opatrzności. To wszystko, o czym Roman pisze i czym się dzieli, jest mi niezwykle bliskie, dlatego ogromnie ucieszyłem się z tej książki. Nareszcie wszystkie pielgrzymki zostały zebrane i spisane w jednym miejscu!1
Abraham, jeden z największych biblijnych pielgrzymów, aby spotkać Boga, musiał opuścić swoją ziemię. Roman również wiele razy opuszczał swoje miejsce zamieszkania. Najpierw była Łódź, skąd poleciał do Izraela i powędrował do Asyżu. Następnie zamieszkał w okolicach Głogowca, dwa kilometry od miejsca urodzenia św. Faustyny, potem przy franciszkańskim klasztorze w Łodzi u ojca Grzegorza Piórkowskiego, aż wreszcie trafił do Niepokalanowa, gdzie mieszka do dziś. Z tych wszystkich miejsc wyruszał w świat pociągnięty siłą, którą trudno jest wytłumaczyć.
Pielgrzymi Miłosierdzia mówią o sobie, że modlą się nogami i w ten sposób wypraszają pokój, wolność i Bożą obecność wszędzie tam, gdzie tego wszystkiego brakuje. To działanie ciche, mało efektowne, niewyróżniające się. Powiedzmy szczerze – niezrozumiałe dla świata, ale dobrze zrozumiałe dla Boga.
Jak każda cicha ofiara.
Krzysztof Pałys OP
1 Z wyjątkiem USA i Japonii, którym poświęcono osobne książki. Dziennik Krzyż Ameryki ukazał się w 2019 (drugie wydanie w 2025 roku), natomiast zapiski z japońskiej pielgrzymki są obecnie w przygotowaniu.
Od redakcji: w międzyczasie ukazała się Jaskółka w katedrze. Zapiski z serca Afryki, w której przyjęto inną konwencję literacką.
+++++++++++++
Ta historia, jak ufam, zaczęła się w osobistym notatniku Boga zatytułowanym Prezenty dla moich ukochanych, w którym spisywał i spisuje nadal wszystkie spotkania, będące Jego darem. Lubię sobie wyobrażać ten moment, gdy uśmiechał się na myśl o tym, jak wielką radość sprawi mi spotkanie nowego przyjaciela, którym jest autor niniejszej książki. To cud o wiele większy i bardziej skomplikowany, a na pewno piękniejszy od Filarów Stworzenia, które ostatnimi laty podziwialiśmy dzięki spojrzeniu przez dziurkę od kosmicznego klucza, zwaną teleskopem Jamesa Webba.
Romana Ziębę pierwszy raz zobaczyłem na oczy, gdy rozpoczynał kurs pisania ikon w parafii św. Łukasza na warszawskim Bemowie. Przyprowadziłem mu moją córeczkę, a on zgodził się ją uczyć. Pod jego okiem napisała ikonę Chrystusa, przy czym jej Jezus – ku zaskoczeniu nauczyciela – się uśmiechał. Mój też to robi, gdy razem myślimy o tym szalonym pielgrzymie – nie tylko tym, który zdziera kolejną podeszwę na krańcach świata, ale także, a może przede wszystkim o tym, który pielgrzymuje wśród cyklonów pytań, ufając, że znajdzie ścieżkę do pokoju serca.
Pan dał mu wiele darów. Potrafi pięknie malować, ale o tym nie będę się rozwodził, bo oprócz zachwytu niewiele mam na ten temat do powiedzenia. Wolę skupić się na tym, że Roman ma dar pisania jak mało kto. W zaskakujący sposób (zapewne także dla niego samego) nawiązuje dialog nie tylko z wewnętrznymi rozterkami, nie tylko z przedstawicielami różnych kultur, ras i religii, ale także z niezliczoną ilością stopklatek, które rejestrują jego oczy – te zewnętrze i te wewnętrzne.
Podczas gdy ja mogę się określić najwyżej zwykłym amatorem kawy i poezji, on jest amatorem obserwacji na wzór ewangelicznego poszukiwacza pereł, który każdą chwilę traktuje jak ziemię obiecaną, w której może być ukryty skarb, którego szuka całe życie. Trochę się powtarzam, wiem. Który, która, które. Roman by to jakoś zgrabniej ujął, bo nie tylko precyzyjnie szkicuje słowami mapy nieba pod swoimi stopami, ale za każdym razem, gdy staje przed kolejnym doświadczeniem, podchodzi do niego jak badacze do tajemnic odbitych na świętym całunie.
Na szarym płótnie czasu, wśród zwykłych chwil, wśród zwykłych spraw, nagle dostrzega źródło nadziei wytryskujące ku życiu wiecznemu, ukryte w zmarszczkach napotkanej osoby lub w światłocieniach padających na wnętrze zapomnianej przez świat kapliczki. Możliwe, że to gorące pragnienie odkrycia źródeł prawdy, które śledzimy w jego książkach, pochodzi jeszcze z okresu, gdy płakał i wołał o sens za kratami więzienia. Nie wiem, ale jego modlitwa została wysłuchana.
Kiedy czytamy jego zapiski, sami nie zauważamy, jak to się stało, że idziemy razem z nim, zaczynamy widzieć swoją bezsilność w świetle tego samego wschodzącego słońca i brzasku sensu. Nie jest to zwykły reportaż ani kalendarz ze wspomnieniami. To nieustanna podróż – najczęściej po wodach tajemnic. Może dlatego czyta się jego słowa z zapartym tchem, bo pielgrzymki Romana potrafią być lustrem naszych codziennych zmagań, gdy każdy krok grozi zatonięciem w lęku i bezsilności, a jednocześnie jakiś tajemniczy głos nas do tego szalonego kolejnego kroku popycha i nie ma rady – człowiek idzie, choć nogi ma jak z waty.
Tak, tych darów Roman ma wiele, ale oddałby zapewne wszystkie za ten, który ja w nim lubię najbardziej: potrafi się zdumiewać i cieszyć jak dziecko. Kto słyszał jego śmiech nad chałką z masłem i dżemem, wie, o co chodzi.
Jestem przekonany, że ta książka, choć opisuje kilkanaście skrajnie niebezpiecznych pielgrzymek, jest zaledwie kolejnym rozdziałem pielgrzymki ufności i tak naprawdę zaproszeniem, by każdy czytelnik wyruszył do swoich codziennych spraw z tą samą prostotą, z jaką wyrusza pielgrzym: ufając, że każdy krok zabezpiecza Ktoś mocniejszy.
Na koniec – mam wrażenie, że Roman za każdym razem, gdy zawiązuje buty, gra va banque, zgodnie z zaleceniem swojego Mistrza: Łaski z Mojego miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a nim jest ufność. Im dusza więcej zaufa, tym więcej otrzyma. Wielką Mi są pociechą dusze o bezgranicznej ufności, bo w takie dusze przelewam wszystkie skarby swych łask. Cieszę się, że żądają wiele, bo Moim pragnieniem jest dawać wiele, i to bardzo wiele (Dzienniczek s. Faustyny, 1578). Ufam, że dzięki tej lekturze i ja kiedyś nauczę się tak wiązać sznurowadła swoich myśli, by dać się prowadzić Bogu tam, gdzie On widzi moje szczęście, choć ja widzę tylko ciemność.
Grzegorz z Łukowa
+++++++++++++
A może chciałbyś poznać 9 osobistych opowieści Romana, które były zapisywane w rytmie marszu, modlitwy i ciszy w formie wideo na platformie z kursami?
Mamy dla Ciebie propozycję pt. Nigdy nie jestem sam.
Polecamy również program Bogdana Rymanowskiego, w którym Roman Zięba podzielił się swoim świadectwem.
Bezpieczeństwo
Koszty dostawy
Cena nie zawiera ewentualnych kosztów płatności
Opinie o produkcie (0)
Moje kategorie
Inni kupili również
Wyszukiwarka

Wyświetlane są wszystkie opinie (pozytywne i negatywne). Nie weryfikujemy, czy pochodzą one od klientów, którzy kupili dany produkt.